sobota, 23 maja 2009

Mój przepis na marzenia

Teoria jest taka, że jak się mocno wierzy w swoje marzenia, to się spełniają. Praktyka jest inna. Do osiągnięcia marzeń nie wystarczy sama wiara.


Marzenia trzeba zaplanować. Tak, marzenia powinny być celem, a nie abstrakcyjnym punktem nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy mającym się spełnić. Jak najbardziej marzenia powinny mieć miejsce i datę swego spełnienia się.


To oczywiście nadal jest teoria. Trzeba do niej dorzucić trochę praktyki, czyli działania. Na początek rozmowa. Z kim najlepiej porozmawiać o swoich marzeniach? Ze sobą. Od siebie trzeba zacząć. Tylko od siebie.


Rozmowa musi być konkretna. Nie żadne blablabla... o niczym. Trzeba sobie bardzo wyraźnie i stanowczo powiedzieć, czego się w życiu chce. To wbrew pozorom bardzo trudne zadanie. Czego się chce od życia? Najczęściej ogólników – zdrowia, miłości, pieniędzy - ale to pudło jest. Nie tędy droga. Na pytanie „czego chcę od swojego życia”, trzeba odpowiedzieć konkretnie, całym zdaniem. I co gorsza - uzasadnić je. Wszystko to, czego się w życiu chce, trzeba sobie wyjaśnić. Po co się to chce?


Za marzenie typu „chcę mieć najnowszy model ferrari, bo sąsiad go nie ma”, punktów nie ma. Ale jak najbardziej są za: „chcę mieć najnowszy model ferrari, bo mam talent i będę kiedyś świetnym kierowcą rajdowym”. Chodzi o to, by powiedzieć sobie o tym, czego się chce nie po to, by zauważyli to inni. Ale po to, by nie umknęło to nam. By nie umknęło to z mojego, a nie cudzego życia.


Dobra, lista marzeń i ich uzasadnienie gotowe. Co dalej? Najtrudniejszy trick. Zamiana tego, czego się w życiu chce na to, czego się w życiu... potrzebuje. Chcieć i potrzebować to nie to samo. To dwie zupełnie różne sprawy, które trzeba połączyć w jedno. Jak to zrobić?


Najpierw wyrzucić ze swojego słownika słowo „muszę”. - Muszę to mieć, muszę to zrobić, muszę tam pojechać – takie konstrukcje nie powinny istnieć. Są największą przeszkodą, by osiągnąć marzenia. Jasne, można się uprzeć jak osioł. Ale czy ktoś zna osła, który daleko zajechał?


Słowo „muszę” powinno zamienić się w słowo „chcę”, a te z kolei zaprzyjaźnić się ze słowem „potrzebuję”.


- Chcę w życiu to i to, ale przyjmę wszystko, czego potrzebuję – trudno to nie tylko zrozumieć, ale także realizować. Ale to nie koniec problemów. Trzeba się także otworzyć. Przede wszystkim otworzyć. Na życie swoje, innych i na wszystko, co ono przynosi. A potem działać. Małymi kroczkami do wielkiego celu. Jak? Gdzie? Kiedy? Co? Gotowe, kompleksowe odpowiedzi nie istnieją. Ale nie ma co załamywać rąk. Jeśli się wie, czego się w życiu chce i jest się gotowym na to, czego się w nim potrzebuje, odpowiedzi przyjdą. Przyjdą każdego dnia. Nie zawsze w słowach. Częściej w drobnych, pozornie nieistotnych wydarzeniach.


Dokładnie to trzeba wykonywać - drobne, pozornie nieistotne czynności, które zaprowadzą do spełnienia się marzeń. Ale wcześniej należy wyłączyć telewizor i komputer, a w ich miejsce włączyć coś innego. Wiarę. Wiarę w te marzenia. Teraz powinna się ona pojawić i trwać.

Wcześniej – bez planu i otwartości na jego realizację – wiara była, jest i będzie tylko teorią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz